
Więc chcesz przejąć upadłą jednostkę, tak?
Pięknym jest wzięcie na siebie dużego zobowiązania, które w głowie klaruje się jako jeden z większych projektów życiowych, a wizja przyszłościowych zysków powoduje dreszczyk emocji, gdzie na ich przedzie zasiada duma… Pewnego dnia po pandemii, gdy powoli jednostki harcerskie wracały do aktywnego działania poza sferą Internetu, otrzymałam propozycję, która jawiła mi się jako nie do odrzucenia. „Klaudio, a nie chciałabyś może przejąć drużyny wędrowniczek?” – zachęcająco zapytała hufcowa. Byłam w tym czasie szeregową wędrowniczką oraz przyboczną harcerek i wiedziałam, że wolałabym pracować z osobami starszymi. Tak bardzo rozmarzona byłam patrząc na perspektywę wskrzeszenia jednostki, której barwy, obrzędowość i potencjał jawiły mi się jako poczucie wielkiego spełnienia w życiu, jako miejsce, w którym stale bym chciała przebywać. Że mogłabym pokazać innym jędrny owoc mojej pracy, wtedy utożsamiany z poczuciem własnej wartości, że „oto na co mnie stać, oto kim jestem”. I udowodnić sobie jak wiele potrafię. A stan jednostki, którą decydowałam się przejąć był następujący: zero pomysłów, zero aktywności. Uczestniczki chciały, by coś się działo, ale nie chciały działać. Większość na starcie mojego zaangażowania w ramach przejęcia jednostki odeszła.
Moje motywacje okazały się być obosiecznym mieczem. Z jednej strony porażki interpretowałam jako odzwierciedlenie tego kim jestem, nawet jeśli były wynikiem działań zewnętrznych, losowych, tych, na które wpływu nie miałam. „Bo przecież liczy się efekt końcowy, a to ja odpowiadam za drużynę” – mówiłam sobie. Dodatkowo miałam wrażenie, że marzenie, które chciałam urzeczywistnić, było zbyt odległe od tego czym dysponowałam (np. jakie są preferencje uczestniczek co do aktywności podczas akcji drużyny? Co zrobić, gdy są różne od moich? Jak to połączyć? Czy zrezygnować z własnych ambicji?), co wywoływało we mnie frustrację. Z drugiej strony jednak mocno broniłam swoich ambicji, byłam sumienna, konsekwentna, zmotywowana i nie pozwalałam sobie na wywieszenie białej flagi. Ta sama wychynęła z mojego rękawa, całkowicie niezapowiedziana, w postaci wypalenia jakiś czas później.
Na podstawie swoich doświadczeń oraz obserwacji mojej niedoszłej następczyni opracowałam krótki podręcznik, który pomoże przygotować się do wyzwania przejęcia oraz prowadzenia świeżo budowanej jednostki. Mam w dorobku historię pełną błędów i częstego trafiania „na ścianę”, bardzo dużej ilości samozaparcia i ogromu pracy, która źle rozdysponowana doprowadziła do mojego wypalenia.
Owy artykuł dedykuję mojej byłej przybocznej: nie udało mi się go dokończyć przed naszą wspólną decyzją o rozwiązaniu drużyny. Mam jednak nadzieję, że nasze doświadczenia pomogą innym w skutecznym i bezpiecznym prowadzeniu na nowo jednostki, a niepowodzenia jednoznacznie nie będą utożsamiane z własną wartością. To są różne rzeczy, których nie należy łączyć.
Na co należy zwrócić szczególną uwagę przy samodzielnym zakładaniu bądź przejmowaniu jednostki tak, aby się nie wypalić:
1. Przygotowania by „ruszyć z tematem”, czyli:
Długofalowy SMART plan na siebie i jednostkę (zwłaszcza w kontekście poświęcanego jej czasu) – warto założyć sobie, że przygotowań będzie dużo i będą wymagały sporej ilości czasu.
Edukacja na temat zakładania jednostek (np. poprzez doświadczenia innych osób).
Wyszukanie pól do pozyskiwania osób członkowskich.
Ukończone kursy: metodyczny, instruktorski, kwatermistrzowski…
2. Ilość rąk do pracy.
Czy jako osoba przejmująca drużynę, masz wokół siebie tych, na których możesz polegać? Którzy są w stanie nie tyle ci doradzać, co fizycznie pomóc i odciążyć? Jeśli odpowiedź jest przecząca, warto zadbać o takie osoby. Mogą być nawet spoza harcerskiego otoczenia, chętne do pomocy chociażby prowadząc pojedyncze zajęcia czy będąc oddelegowanymi do zakupów na akcję twojej jednostki. Mogą być to również zaangażowani uczestnicy (na poziomie wędrownictwa bądź wzwyż). A może zaproponować komuś miejsce w kadrze pomocniczej?
Samodzielne początki nie zawsze muszą oznaczać wyłącznie jednostkowy nakład pracy, a dzięki temu można na spokojnie zająć głowę najważniejszymi sprawami organizacyjnymi i wychowawczymi. Zakładanie jednostki może wywoływać stres – wymieszany z ekscytacją oczekiwania na nowe przygody – który w konsekwencji może przełożyć się na gorszą pamięć, skupienie, elastyczność.
3. Plan długofalowy na niewypały. Plan C, D, E.
Gdy przejęłam niefunkcjonującą poprawnie jednostkę (brak akcji, brak pomysłu, brak członków), rozgrzanie jej do działania okazało się być o wiele, wiele trudniejsze w realizacji niż mi się wydawało. Dysponowałam planami na wypadek, gdyby moje działania nie przyniosły zamierzonego efektu (np. gdyby z 12 zainteresowanych osób zbiórką, fizycznie zjawiły się 4), ale nie spodziewałam się dłuższego zastoju, trudniejszego, wolniejszego rozbudzenia w uczestniczkach zapału niż zakładał mój plan B (z pomysłami na mniejsze utrudnienia). Gdy zaskakiwała mnie mała frekwencja, walczyłam nie tylko z poczuciem beznadziei, że „znów coś mi nie wyszło”, co naprędce potrzebowałam wymyślać plan na odpowiedź w danej sytuacji. Warto więc zaopatrzyć się w plany, które będą zakładać również niepowodzenia i trudności, zawsze mieć w zanadrzu jeszcze jeden pomysł na „co zrobić, gdy…”. W ten sposób zaoszczędzi się na możliwym, wynikłym w takich sytuacjach, stresie – przygotowanie pozwala szybciej i efektowniej działać.
4. Uczenie się na własnych błędach. Wyciąganie wniosków i opracowywanie nowych podejść.
Prócz ewaluacji z akcji drużyny, warto zapytać osoby z najbliższego, instruktorskiego środowiska (lub starszych, dojrzałych uczestników akcji drużyny) o ocenę twojej pracy z perspektywy osoby trzeciej. Jeśli występuje ogólny problem (np. mała frekwencja na zbiórkach, utrzymująca się przez pół roku, w których uczestniczą zawsze inne osoby), należy próbować szukać rozwiązań na odmienne sposoby, dotykając różnych płaszczyzn. Warto zadać sobie i innym pytania: czy problem wynika z mojego podejścia do uczestników? Czy chodzi o zaniedbany aspekt przygotowawczy do zbiórki (np. niekompatybilność dat akcji drużyny z planami osób członkowskich albo niewystarczająca ilość przypomnień o zbiórce, krótki czas dzielący termin zbiórki od jej ogłoszenia)? Czy zbiórka jest odpowiednia dla grupy odbiorczej (np. nie jest poziomowo za trudna/łatwa)? Czy rozeznanie w osobach uczestniczących i ich potrzebach jest dobrze wykonane (czy bazuję na charakterystykach, na opiniach środowiska, na ich własnym zdaniu)? Co mogę zmienić by przerwać powtarzanie danego błędu i jakie są tego efekty?
5. Czas na własną rozrywkę.
Drużyna sama w sobie jest po części źródłem rozrywki, ale chodzi o aktywności, które nie wymagają wzmożonego pilnowania bezpieczeństwa, czasu czy poczucia dużej odpowiedzialności. Chodzi o czysty luz.
W moim przypadku niestety wyglądało to tak, że nieustannie wkładałam w drużynę wszystko: cały swój wolny czas, z początku też pieniądze, które miały być zwrócone na akcjach przez uczestniczki, finalnie się na nich nie pojawiające (i na takie problemy rozwiązaniem są zaliczki!) więc te pieniądze nie były w pełni zwrócone. Wkładałam dumę, która niekiedy zamieniała się we wstyd (odwołując wolontariaty przez wykruszającą się frekwencję czy ciągłe proszenie o wsparcie jednostek z hufca w akcjach, za które odpowiadać miała drużyna); oczekując, że ciężka praca przyniesie soczyste owoce, które w rzeczywistości nie były na tyle wielkie, by zrekompensować ilość wkładanego trudu. Nie pozwalałam sobie na przerwy, tak usilnie oraz niezdrowo nastawiona byłam ku osiągnięciu własnych ambicji, do których nie miałam odpowiednich narzędzi oraz wiedzy by je spełnić.
Od sprawowania funkcji drużynowej czy drużynowego też trzeba odpoczywać! W sytuacjach wymagających, gdy cały czas daje się coś od siebie, nie otrzymując wiele w zamian, zaburza się swój życiowy balans. Warto angażować się np. w przyjemne akcje harcerskie, niewymagające dużej ilości nakładu pracy, czy też uczestnicząc w rozrywkach, w wolnym czasie i zadbać o to by był. Wtedy reguluje się organizm, daje się upust nieprzyjemnym emocjom, które mogą występować jako naturalna konsekwencja wkładanej pracy w rozwój drużyny, gdy coś nie wychodzi tak jak miało.
6. To, w jakim stanie jest twoja drużyna, nie powinno definiować twojej wartości.
Warto uporządkować sobie co samooceną jest, a co nie powinno mieć na nią wpływu. Poczucie własnej wartości to wewnętrzna ocena siebie. Nie powinna być zależna od osiągnięć czy sprawdzania w jakim miejscu człowiek plasuje się wśród innych, tutaj: drużynowych, tych aktualnych jak i w przeszłości świeżo rozpoczynających prowadzenie jednostki. Porównywanie się do innych zaburza poczucie własnej wartości (może je obniżyć lub iść w kierunku pychy), ponieważ staje się warunkowe („Jestem [subiektywnie] gorszym drużynowym od XYX, to znaczy, że jestem, w moim mniemaniu, obiektywnie słaby.” Albo „Idzie mi najlepiej z nich wszystkich to mogę się postawić w roli władczego autorytetu, który sprawia, że jestem naprawdę KIMŚ.”) Wysokie poczucie własnej wartości nie opiera się na udowadnianiu jej komukolwiek. To świadomość swoich wad i zalet oraz ich otwarta i ciepła akceptacja. To zaufanie i dbanie o siebie. Bycie własnym przyjacielem.
Niepowodzenia życiowe, to po prostu niepowodzenia. To źródła do czerpania z nich nauki dla siebie i innych. Nie są dowodami na to kim się jest, tylko konsekwencją złych decyzji – czasem w pełni swoich, czasem w pełni niezależnych od siebie, a najczęściej mieszanką obydwu.
7. Wspierające i nagradzające środowisko.
To, co zdecydował*ś się robić, jest naprawdę wielkie! Utożsamiam się z doświadczeniami siedzenia nad harmonogramami do późnej nocy, by były jak najbardziej atrakcyjne, dopasowane do potrzeb osób uczestniczących oraz zgodne metodycznie, a – co równie ważne – dalej dla ciebie w jak największym stopniu za-baw-ne! Przejęcie upadłej jednostki czy budowanie jej od zera jest szalenie trudnym zadaniem. Biję pokłony, odwalasz kawał dobrej roboty już z samego faktu podjęcia się tej służby!
Jeśli czujesz, że otrzymujesz zbyt mało pozytywnego feedbacku, wracaj do tego punktu. Idziesz cały czas do przodu: nie zawsze będzie łatwo, ale tworzysz twój kawałek podłogi w organizacji, w której możesz mieć pod sobą świetnych i inspirujących wychowanków!
8. Danie sobie przestrzeni na żal, złość, poczucie bezradności.
Mnie podczas prowadzenia drużyny brakowało odreagowania emocjonalnego na niepowodzenia. Wszystko kotłowałam w sobie uważając, że są to emocje zbędne. W konsekwencji odkładały się, narastały i po czasie uzewnętrzniały niekontrolowanie w postaci zwiększonej frustracji czy poczucia rezygnacji, braku sensu, niewspółmiernych do sytuacji.
Nieraz mogą się zdarzyć sytuacje wywołujące nieprzyjemne, silne i trudne emocje. Nie zawsze da się postępować idealnie, a często też, mimo zrobienia wszystkiego, co w twojej mocy, nadal może coś nie działać. Warto rozpatrywać te sytuacje w kontekście faktu, który ma miejsce i do którego się ustosunkowujesz.
To, w jakim stanie jest twoja drużyna, nie jest od ciebie całkowicie zależne, choć ją definiujesz, formujesz, modelujesz i reklamujesz – duża część to również dzieło przypadku, skrzyżowania dróg, timingu, środowiska, aglomeracji… Kładziesz propozycję na stół i patrzysz, jak się przyjmie. Analizujesz co z tego wychodzi i po wyciągnięciu wniosków decydujesz się próbować to w tym, to w innym obszarze. Końcowy produkt jest zbitką wielu komponentów, choć głównie to ty jesteś posiadaczem jego wizytówki. Bądź świadom swojego wkładu i bierz pod uwagę rzeczy, które również go stworzyły, a na które wpływu nie miał*ś, bądź był on znacznie ograniczony.
9. Relacje w drużynie to najważniejszy komponent, to finałowe tchnięcie w nią życia.
Od początku mojego zagrzania miejsca w przejętej później przeze mnie drużynie wędrowniczek, byłam głównie ze względu na samorozwój i ciekawość względem metodyki, ale towarzysko to funkcjonowałam w niej bardzo powściągliwie i grzecznościowo. Z drużynową zawsze miałam neutralną relację, a niekiedy wrażenie, że dzieli nas dystans. Nie jestem w stanie przypomnieć sobie akcji drużyny, w której bym uczestniczyła czując się całkowicie swobodnie jako część wspólnoty, czy czując, że każda z uczestniczek jest „z jednej gliny ulepiona”. A na takich warunkach nie ma się problemu odejść.
Jeśli zależy ci na stworzeniu wspólnoty, potrzebne jest nie tylko wyciągnięcie przez ciebie ręki do nieznanych osób, które też mogą i być nieznane sobie nawzajem, co stworzenie warunków do ich angażowania się w budowanie jej (np. dbanie o dobrze przeprowadzane integracje, odpowiednią częstotliwość akcji, atrakcyjne nabory zachęcające do angażowania się).
Prowadząc drużynę dokładałam wszelkich starań by odgrywać rolę dobrej i odpowiedzialnej starszej siostry. Wyszła mi z tego bardziej „wiecznie zarobiona i sparentyfikowana starsza siostra”, czyli wchodząca w rolę matki, mentorki, która daje narzędzia do działania i wspiera rozwój, ale brakuje jej często przestrzeni na bycie „tu i teraz, obok”, będąc fizycznie obok, ale zajęta ważnymi dla siebie sprawami, takimi jak dopinanie harmonogramu na ostatni guzik, pilnowanie czasu, przejazdów, przeczulenie na możliwość niebezpieczeństw, skupiająca się na jak najlepszym przeprowadzeniu zajęć. Bardziej niczym wychowawczyni – nauczycielka, ale nie jak starsza siostra. Tworząca nieświadomie dystans z powodu ogromu spraw na głowie by wszystko działało jak najlepiej i najbardziej poprawnie. Uświadomienie sobie tego dynamizmu przyszło mi dopiero po rozwiązaniu drużyny, gdy skończyły mnie obowiązywać „reguły tej gry” zwanej jej prowadzeniem i miałam większą łatwość spojrzenia na sytuację z dystansem.
Wszystkie te wskazówki oddaję w wasze ręce. Niech służy do pogłębienia świadomości o tym z czym może się wiązać reaktywacja upadłej jednostki oraz jak się do niej dobrze przygotować. Wszystkim, którzy podejmują się tego zadania, życzę powodzenia i dobrej zabawy! W razie dalszych pytań czy wskazówek, nie krępujcie się mnie pytać. Postaram się pomóc!

Komentarze
0 opublikowanych komentarzy. Nowe komentarze pojawią się po moderacji.
Nie ma jeszcze opublikowanych komentarzy.